Kraków, magiczny

Kraków, murek obok dworca PKP Kraków Główny. Na przeciw wielka Galeria Krakowska, po lewej stronie Rynek, zaledwie kilkaset metrów od miejsca, w którym spoczywamy. Niczym dwóch huncwotów Krzyś i Fryc czekają na pociąg do Jarocina. Czekać trzeba długo, odjazd w pół do pierwszej w nocy. Cóż można robić w Krakowie, gdy musisz przez kilkanaście godzin oczekiwać na transport? Złożyć dokumenty na studia, na które cię przyjęli, zwiedzić Rynek, coś zjeść, coś wypić…

Oczekiwanie nie ma końca, Fryc mocno narzeka, choć ja rozglądam się wokoło ochoczo. Mi osobiście Kraków przypada do gustu. Śliczne parki, miła atmosfera, ciekawi ludzie. Mnóstwo turystów przemykających ulicą Floriańską. Miejsce zgoła odmienne niż Lublin, choć możliwe, że kiedyś nazwę je swoim domem, drugim domem. Wszystko w zasadzie mnie tu urzeka, niczym znajome lubelskie zakamarki. Rynek przypomina mi Stare Miasto Rzymu, ulica Floriańska uliczkę rodem z Montmartre w Paryżu, całość niejako koresponduje z Lublinem, przynajmniej takie są moje wrażenia, jako przyjezdnego, który bywa tu niezbyt często.

Plany na dalsze wolne chwile? Oczekiwanie na znajomym już nam murku, znalezienie odpowiedniego peronu i wielka podróż na legendarny festiwal. Czy będzie jak rok temu na Breakout Festiwalu w Cieszanowie, tzn. niezapomnienie & niesamowicie? Okaże się, aktualnie jestem dobrej myśli. Nad ranem, wróć, w zasadzie to po południu zamierzamy spotkać się z naszymi towarzyszkami oraz Martą, Eweliną i Jetim. Później porwie nas wir festiwalu w Jarocinie.

Kończąc „wspomnienia na szybko spisane” jeszcze raz powrócę do czaru Krakowa. Jest tu niesamowicie i ufam, że za rok o tej samej porze będę mógł szczerze powiedzieć: „Kraków, to moje miasto”.

 
Kraków, 15 lipca 2010

Brak komentarzy

Dodaj komentarz