Masz tylko jedno serduszko, a masę swoich kłopotów. One są od niego dużo większe i przez to nic nie widzisz… ale kiedyś znikną.

–Ktoś pozytywny

Bezczynność

Nie lubię zazwyczaj mówić/pisać o jakichś „filozoficznych” przemyśleniach. To dla mnie sztuczne, nadmuchane i podchodzi pod kategorię mam „19 lat, ale wiem o życiu wszystko”, a tak naprawdę to gówno prawda. Tym razem jednak trochę tak będzie. Może to z nudy, zaczęłam się trochę zastanawiać. Trochę zastanawiać i może trochę obawiać…

Czy każdy ma taki moment ze nie bardzo wie co dalej?
Tzn inaczej…

Nie chodzi mi o to, że nie wiem co będę dalej robić, bo wiem. Pójdę na studia i pogrążę swoje myśli w tych wszystkich dziwnych informacjach, o których dotychczas nawet nie wiedziałam, że istnieją. Wtedy jest mi łatwiej, bo nie zastanawiam się. A nad czym? Nad tym do czego ma mnie to zaprowadzić…

Teraz z nadmiaru czasu pytam siebie co będzie dalej, co robić jak plany ci się sypią. A ostatni okres pokazał mi, że może się to z nimi stać szybciej niż mrugnięcie okiem. Dosłownie, trwa to często tyle co wypowiedzenie zdania. Pytam, ale nie umiem odpowiedzieć. Wiem co, coś muszę zrobić, a nie wiem co. Czuję, ale nie określam i nie umiem opisać sama sobie swoich uczuć.

Jestem jakaś inna?

Jeśli czytają to jacyś moi znajomi pewnie trochę ich dziwią takie myśli w mojej głowie. Nie taką Paulę się zna. Problem polega na tym, że Paula chyba sama nie wie jaka jest naprawdę. To przykre jak łatwo można się zaplątać, wejść gdzieś, gdzie jest ciemno i ciężko znaleźć wyjście…
Szczególnie jak nie ma kogoś, kto podaje rękę…

I co robić, gdy wszędzie idzie nie po twojej myśli? Kiedy masz problemy, o których nie mówisz nikomu i które w pewnych momentach zaczynają tak cholernie zalegać, ze masz wrażenie, że cię zgniotą… Często ostatnio czuję, że chcę coś powiedzieć, ale jak zaczynam to orientuję się, że nie wiem co… I gdzie się dowiedzieć? Gdzie znaleźć kogoś, kto powie, że robisz dobrze albo naprowadzi na właściwą drogę? I można w ogóle to zrobić?

Napisane chyba głównie dla siebie…
Mówią, że trzeba czasem wyrzucić z siebie to „coś”…
Ale wiecie co? Nie pomogło…

Jeden komentarz

  • Staszewski pisze:

    Nie wiem, może to tylko ja tak celnie zauważam, może tylko ja mam świadomość tej pokoleniowej traumy – ale wcale mnie ten wpis nie zdziwił. Właściwie to mógłbym w nim pozmieniać formy czasowników na męskie, imiona na swoje, przykleić go sobie do czoła i tak łazić po ulicy. Pozdro. ;)

Wpisz komentarz

Twój adres pozostanie ukryty. Pola wymagane zostały oznaczone *